| joasmok- aromat identyczny z naturalnym |
| ::księga
gości:: 2012 styczeń 2011 grudzień październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2010 grudzień listopad październik wrzesień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2009 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2008 grudzień listopad październik wrzesień sierpień maj kwiecień marzec luty styczeń 2007 grudzień listopad październik sierpień lipiec czerwiec maj marzec luty 2006 grudzień październik wrzesień marzec 2005 luty 2004 wrzesień 2003 grudzień listopad październik sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2002 grudzień listopad |
wiem wiem, ale służba zdrowia chciała mnie zabić
kochany pamiętniczku zdążyłeś się już tu ześmierdnąć ze starości, a ja do ciebie nie zaglądam, ale jakoś tak nie mam miru na pisanie. a własciwie nie miałam miru do dnia dzisiejszego, bo otóż muszę publicznie wykonać wielki ukłon i złożyć podziękowanie naszemu najwspanialszemu ministrowi zdrowia. minister jest wiadomy i burdel-reforma jaka też wiadoma, ale ale... mój prywatny interesik się w tym załatwił. otóż, jak wiele współczesnych kobiet w ciąży w naszym wspaniałym kraju, mam ciążową cukrzycę, bo by mi w niczym nie przeszkadzalo w sumie, gdyby nie to, że nie mogę jeśc moich ulubionych rzeczy a mam jeść takie co ich nie lubię. i podobno to jest fajnie zamienić jogurt kawowy na jogurt naturalny a sernik na sałatę w styczniu. no ale niech będzie. zostały już tylko dwa miechy więc wytrzymię. wytrzymałam święta to wytrzymię i tyle.
ale w zwązku z tą cukrzycą mam się meldować w poradni oddalonej o pięćdziesiąt kilometrów od prowincjonalnego małego, gdyż ponieważ iż jest ona najbliżej tam. no to se jeżdżę. pojechałam, dostałam glukometr, recepciki na paseczki ( to było przed reformą), rozpiskę diety i szkolenie z używania. było by super, gdyby nie to, że glukometr, który dostałam kłamał. i to okrutnie kłamał. więc pojechałam jeszcze raz po dwóch tygodniach i pani doktor diabetolog powiedziałam, że te cukry to szaleją, ale to wina tego glukometru. popatrzyła na mnie z miną - kolejna głupia ciężarna co jej się wydaje że się zna, przecież ja wiem lepiej i mądrymi słowami wytłumaczyła mi, że joasmokowi to sie wydaje i że pomiary sa okej i trzeba w dupę wpierdylić insulinę na noc. joasmok pokorne cielę zakupiła w cenie czterech zybli tę insulinę i poszła się szkolić jak ma se w udo ją przywalić. pani przeszkoliła i joasmok pojechała do dom. tyle, że po insulinie na noc zaczęło być gorzej. cukier w nocy spadał, głód dopadał, szaleństwo. joasmok pojechała trzeci raz.
cierpliwie próbując szanownej pani diabetolog wytłumaczyć, że glukometr jest do dupy, bo jak se na drugim w domu sprawdza to jest dobrze a na tym do bani. ale na tamten nie miałam recepty na paski a bulić nie będę. pani diabetolog głuch na moje przekazy uznała, że należy dołożyć insulinę jeszcze na dzień. przerażenie ogarnęło joasmoka. bo po ki huj mnie insulina skoro glukometr do bani!!!! ale dali pena, dali recepte na insuline, przeszkolili, zmarnowali kupe enefzetowej kasy i czasu.
ratunek nadszedł z niespodziewanej strony - dzięki wszystkim mocom tego świata pan wspaniały minister zdrowia wymyślił reformę, dzięki której paseczki refundowane są do niewielu glukometrów i do joasmokowego nie były :D
podobno do jakich są refundowane to śliski temat, więc nie będziemy się tym tematem więcej zajmować. jak wiadomo mam więcej szczęścia niż rozumu i trafił mi sie w poradni nówka sztuka nie śmigany inny czerwony glukometr w miejsce tego oszukującego gówna. po przyjechaniu do domu i używaniu wreszcie dobrego glukometru okazuje się, że dieta joasmoka jest perfekcyjna, cukry jak najbardziej w ślicznej normie. peny do insuliny leżą, recepta na insulinę leży, insulina wykupiona leży w lodówce, też już nie będzie potrzebna a cukry joasmoka się z tego śmieją. miesiąc nerwów kumać i starania się co tu zjeść i schiz, że się zaszkodzi dziecku, tylko dlatego, że jedna pani po prostu nie słucha co się do niej mówi. ciekawe, czy jak oddam ten stary glukometr - bo muszę, to dadzą go komuś innemu jak za 2 miechy zaczną refundować do niego paski. i czy znowu kogoś będą chcieli zabić przy użyciu tej tajnej broni enefzetu.
dziękuję ci panie ministrze za to żeś mnie wyleczył i uchronił od insuliny!
joasmok 2012-01-14 19:39:10 skomentuj (3) grudniowo całkiem niespodziewanie przyczaił się grudzień. za okrągłe trzy tygodnie wigilia. nie wiem kiedy i jak to się stało. nie wiem kiedy i jak to się stanie, że zdążymy ze wszystkim przed świętami. ale pewnie zdążymy. staś się rozpycha, co powoduje, że poruszam się, działam i myślę w coraz bardziej ślimaczym tempie. zakupiłam w tym tygodniu promocyjne pomarańcze w tym samym sklepie co marysia, po pięćpięćdziesiątpięć za dwa kilo. okazały się tak pyszne, że dzisiaj dokupiliśmy jeszcze dwie torby, co skłoniło mnie do niejakiej refleksji, jak stałam i paznokciem wbijałam się w skórkę, żeby obrać. czytam między innymi sztukę prostaoty dominique loreau i ona przypomina mi, kochany pamiętniczku, że jak mamy mało, to bardziej coś kontemplujemy, dbamy o to, cieszy nas. no i ja tak właśnie sobie myślałam przy tych pomarańczach, że jak przypłynął jeden statek i rzucili przed świętami, to nikt w mojej rodzinie nie śmiał po prostu wbić paznokcia. pomarańcza. to było coś. najpierw była przyjemność wąchania, potem przyjemność oczekiwania a potem... rytuał obierania. osiem równych kreseczek z góry na dół. pomarańczowe południki. a następnie ósemka po ósemce odrywane delikatnie od miąższu tak by powstał pomarańczowy kwiat z owocem w środku. czała sztuka polegała na tym, żeby skórka nie rozpadła się przy odejmowaniu jej od pomarańczy. żeby można było na kaloryferze zasuszyć do niczego niepotrzebny egzotyczny kwiat. coś w tym jest... delektowanie się życiem...radość z drobiazgów... tego mi trzeba... joasmok 2011-12-03 17:25:45 skomentuj (1) chłopiec czy dziewczynka? wszyscy mnie molestują drogi pamiętniczku... no co wiecie już? wiecie? kto będzie? szczerze powiedziawszy joasmokowi to w całkowitej zupełności wisiało kochany pamiętniczku, ale wiesz jak jest... truli i truli i nagręcili tatusia, który też już się nie mógł doczekać czy będzie miał kogo na skałki zabierać czy też nie. wybralimy się zatem, do tego pana doktora, co mnie się wydawało, że nie lubi jak chłopy przychodzą z babami do niego, ale co tam. raz kozie smierć. wleźlimy. uśmiechnięte stado.
joasmok: - a dzień dobry panie doktorze, pokażemy temu tacie to dziecko, czy też niebardzo?
pan-doktor - ależ możemy pokazać, czemuż by nie.
j. - no bo wszyscy gadają czy chłopak czy nie chłopak, no i chciałam mu pokazać, bo mi potem nie uwierzy jak sam nie zobaczy.
p.d. - no zobaczymy czy pokaże. położy sie pani tu na tej kozetce a pan tu patrzy. - i odwrócił monitorek tak, że joasmok widzał głównie nic. po czym zaczął mówić: - o widzi pan? tu nóżka, tu druga nóżka. oooooo a to między nóżkami, zdecydowanie dziewczynki tego nie mają... czyli musi być chłopak. o tu jest siusiak widzi pan?? o a tu moszna! nooo chłopak... o tu ma wątrobę, tu serce - bije widzi pan? o tu rączka i druga, tu czaszka. widzi pan jak fajnie wygląda?
g. - no faktycznie fajnie...
p.d. i jego słowotok dalej - noooo a tu ma oczko i uszko i drugie oko o no i jeszcze raz nóżki.... nieee to na pewno jest siusiak... może już pan zacząć kupować spodnie... tu nie ma mowy o pomyłce. no chłopak. pani to pewnie się nie cieszy co?
j. nieśmiało - mnie to wsio ryba, byle zdrowe ...
p.d. - nooooo to ładnie, bo będzie chłopak.
solidarność plemników podnieciła chłopaków tak, że nawet nie widziałam tego trzystudwudziestogramowego smoka w moim brzuchu. następnym razem idę sama...
joasmok 2011-10-31 15:49:50 skomentuj (4) no i wszystko kręci się wokół myszy senafer napisała, że jest jakaś taka prawidłowość, że nieszczęściem dla bloga jest przepiękny ślub, bo skutkuje on późniejszym zaginięciem autorki bloga. niestety z moich obserwacji wynika, że ślub nie jest warunkiem koniecznym, wystarczy jeno udany związek i ot co - stary przyjaciel idzie w odstawkę... myśl ta jest podparta chociażby przez dudlę, bo u niej od kiedy pojawił się niejaki maurycy również zachwyca nas niestety już tylko ochłapami swych błyskotliwych myśli... joasmok nie jest zbytnio błyskotliwa, ale jak staje przed wyborem czy ugotować najpyszniejszy żurek z białą kiełbasą na świecie, czy napisać notkę, to wybór jest rzecz jasna oczywisty - w końcu gotowanie jest tak bardzo trendy, że nie można się wychylić i kupić gotowego... no właśnie joasmok miał pomysł nak siążeczkę w stylu modnym, ale coponiektórzy mówią, że nikt nie będzie chciał tego czytać... otóż pomysł był na przykład taki, żeby pyknąć jakąś historyjkę dnia i do tego przepisik a co tam. historyjki mogłyby być nawet napisane po polsku a nie po joasmokowemu, ale jakoś tak nie mam przekonania. z drugiej strony co chwilę się coś wydarza, na ten przykład wczoraj.
jedenasty października dwa zero jedenaście...
zasada dnia - nigdy nie proś księdza, żeby ci coś dał, bo nasłuchał się tych historii o podwójnym wynagradzaniu i masz babo placek.
myszy myszy wszędobylskie myszy. zapytałam dwumetrowego wikarego z naszej parafii, który wpadł do mnie do firmy z malym interesem, czy aby przypadkiem jego rodzice nie mają jakiegoś kociaka na zbyciu, bo u nas się wykotowało. no ewentualnie dwóch żeby mu nie było smutno. zapytałam i zapomniałam, bo szef mój wysypał mumifikującą trutkę na myszy - tak tak odszczekuję zeszłoroczną deklarację o nieużywaniu trutek od kiedy ta mała czworonożna i dwuuszna cholera woziła się srając gdzie popdadnie na gapę moim samochodem. trutka znika myszy ku mej uciesze również. a tu proszę urwanie głowy, zamieszanie i w to wszystko wpada butelkowozieloną beemką rzeczony dwumetrowy ksiądz z kartonem i jak to on ma w zwyczaju niewinną miną. joasmok pędzi między klientem a magazynem z pięcioma sztukami nakrętek trzydzieści sześć razy dwa, popędzając pracowników wykańczajacych detal dla czekającego i dreptającego z niecierpliwością klienta. agnes przejmuje od dwumetrowego księdza miauczący karton, który przywiózł. dwumetrowy wikary rodzimej parafii ściąga joasmoka do kartonu i mówi:
- mam nadzieję, że jeszcze potrzeba...
- o fajnie, przywiozłeś nam kota. jednego czy dwa? - mówi joasmok myśląc jednocześnie - cholera jasna a wczoraj se pomyślałam, jak to dobrze, że poza niedobitkami dwuusznych gadzin nie ma już żadnych zwierząt biegających w tej firmie
dwumetrowy wikary robi niepewną jeszcze bardziej minę i mówi - no nie do końca....
j. - no nie mów, że trzy... - i myśli - w sumie fajnie, bo przecież uwielbiam koty. joasmok podchodzi do kartonu i widzi wyłażące łby... miauuuuuu miauuuu miauuuu drą pyski jakby je mordowali.... małe jak półtora dłoni joasmoka .... pasiaste tygrysie...czarny....
dwumetrowy wikary: - no trzy i ten jeden biedaczek miał wypadek... i nie ma ucha... ogonka też nie ma...
joasmokowi opadają ręce...
dwie godziny i milion telefonów i spraw później... joasmok idzie do kanciapy, gdzie zostały zadołowane bomble celem oswojenia się z miejscem.... jeden miauczy, drugi mruczy, trzeci wskakuje na kolano czwarty łypie okiem z kartona... pięknie... joasmok jest kupiona na amen w pacieżu.... dziś rano zakupuje pod drodze filet z mintaja... koty są zachwycone... naparzają się między sobą o kąski, których i tak jest za dużo...
a joasmok ma w głowie pomysł na przepis mintaja w warzywach pod beszamelem, którego jedliśmy w ostatni piątek... ale przepisu nie bedzie bo czas iść spać... tap madl się skończyło...nawet nie sprawdzam literówek... może jutro...
joasmok 2011-10-12 22:28:27 skomentuj (1) 111 1111 joasmok 2011-10-08 09:59:11 skomentuj (2) jesieni ciąg dalszy kochany pamiętniczku. prawdziwy koszmar, który stał się inspiracją dla mojego przyszłego życia. prawdą jest, że w poprzedniej notce napisałam, że o czymże tu pisać, skoro stale wrzesień przynosi to samo... słodko, czule, pachnąco i wogóle och i ach... no i proszę rozpoczął się dość niespodziewanie październik i wszystko odwróciło się do góry nogami. dlaczego? proszę bardzo. od dziś osobie najbardziej znienawidzonej na świecie rzucę wiedźmową klątwę - oby ci się mysz w samochodzie zalęgła. ni mniej ni więcej. w miniony piątek pozostawiłam samochód pod opieką mojego kuzyna, jako że go na weekend nie potrzebowałam. w sobote rano mój wuja poinformował mnie, że mi lekko myszami w aucie niby śmierdziało... pomyslałam sobie, że już bardziej wydziwiać nie mógł... odszczekałam to w myslach, gdy do nieużywanego przez dwa dni samochodu wsiadłam w sobotę wieczór... myslałam, że zrzygam się na fotel pasażera obok...było ciemno.... w poniedziałek rano odkryłam mysie kupy i siki w różnych miejscach auta.... w pracy otworzyłam wszystko co się da... wymyłam, wysprzątałam z nadzieją, że sobie pójdzie. złuuuuudna nadzieja wyszła na światło dzienne około godziny szesnastej, kiedy to zobaczyłam ją z drugiej strony szyby. popatrzyła na mnie, ale jakaś taka wsydliwa była i jak ruszyłam ku niej, to uciekła i zaginęła w czeluściach nieokiełznanych zakamarków aklasy.... wsiadłam. do mojego jeszcze godzinę temu pachnącego pomarańczowym plakiem samochodu i poczułam ten smród.... ja cię mała słodka franco ukatrupię pomyślałam kipiąc z wściekłości... wytoczyłam najbardziej poważną baterię moich męskich sojuszników. najpierw otworzyłam drzwi i bagażnik malucha na podwórku pozwalając cymbałobi na swobodny dostęp do wnętrza auta... smród myszy wydał mu się zaiste pociągający a mi sposób wydał się humanitarny, bo drzwi otwarte były, więc mysza mogła w każdej chwili wysiąść... ale cymbał imię ma nieodparady i nie wytropił myszy w aucie, choć pilnował jej dość intensywnie.... więc wytoczyłam bezmała dwumetrową tajną broń zaopatrzoną w sprzęt specjalistyczny... ale jak sam o sobie mówi, pierdoła grzechu nie umiał nastawić łapek na myszy i moja tajna broń okazała się wielkim fiaskiem... mysza zjadła chlebek, nakruszyła a łapka jak stała tak sała... a samochód jak śmierdział tak śmierdział... może jeszcze nawet bardziej... zaopatrzona w odświeżacz powietrza w spraju następnego dnia ruszyłam do pracy, co około kilometr psikając neutralizującym zapachem cytrusów w tapicerkę malucha... co by się po drodze nie porzygać... tamże najtajniejsza broń joasmoka w postaci taty-eksperta-od-mysich-łapek nastawiła mi łapke w bagażnika oraz pod nogami pasażera... ale myszce chlebek nie smakował już... za to poprzednim chlebkiem srała ile wlezie... była zrozpaczona... wróciłam do domu, poddałam się i stwierdziłam, że już nic innego mi nie zostaje jak przyzwyczaić się do tego smrodu.... kiedy wreszcie wieczorem zajrzałam bez przekonania do bagażnika... a tam mysitrupek na łapeczce.... cymbałek ucieszył się jak dziecko... chociaż trochę był rozczarowany , że zepsuta i nieruchliwa ta kolacja... ale sobie ją naprawił... nauczył latać i skakać po czym skonsumował... ta tragiczna historia ma jednak szczęśliwe zakończenie, bo grzeniu w czwartek tak wymył mi samochód że już nie śmierdzi.... da się jeździć znowu bez psikania odświeżaczem.... joasmok 2011-10-08 09:27:48 skomentuj (0) |
klop
cuda mojego brata prodeste neokawiarenka nuit kszynka skarbów twozywo bar mleczny ryszard horowitz indep pajacyk dorota terakowska klap drugastrona kasia ciemnyblond aweyden echo słowa adam-widur gedziu senafer bazylek mam40 selwa spacerki po warszawie andy heian nothinggirl nothingman podróż dudla dalia blogstudnia joanna klip bloguj blog.pl |